Jestem z Układu


O religii, Polakach, Niemcach i Federacji.

Środa, lipiec 1st, 2009

LICZNIK PREZYDENCKI
Do końca kadencji “Prezydenta Swojego Brata”
zostało 481 dni (już poniżej pięćset).

Panie i Panowie,

nie mam dobrego pomysłu na wpis jednotematyczny. Piękno lata i to tropikalne ciepło, które kocham i w którym dobrze się czuję, odwodzi mnie od blogu. Zdaję sobie sprawę, że jestem coraz gorszym rodzicem, więc, jako zastępstwo podzielę się kilku opiniami, które wypowiedziałem w “Poranku w toku” TOK-FM, jak zwykle u Dominiki Wielowieyskiej i w kompanii z Piotrem Semką oraz Michałem Karnowskim. 

O stopniach z religii na świadectwie

 Wolałbym aby katecheza była w kościołach a nie w szkołach. Wprowadzenie jej do szkół to był “niemożliwy do niepopełnienia” błąd Tadeusza Mazowieckiego, którego mu wtedy nie wytknąłem bo nie wierzyłem, by mógł tego nie zrobić. Chyba też nie uważałem wówczas tego za błąd, lecz za sprawiedliwość dla Kościoła, wielkiego wsparcia narodu w czasach niedobrych. Ale dziś tak tę decyzję oceniam. Stopień z religii nie powinien być zaliczany do średniej, bo czy się chce czy nie będzie to stopień z praktyk religijnych i będzie skłaniać do “religijnego podlizywanie się”. A więc szkodliwy i dla samej religijności.

O polityce historycznej.

Każda polityka historyczna to kłamstwo historyczne, mniej lub bardziej odchylone od prawdy i lepiej gdyby państwo się tym nie zajmowało, co nie znaczy, że nie ma wspierać muzeów i zrezygnować z obchodów etc. Ale, jak państwa zaczynają prowadzić zbyt gorliwą politykę historyczną to zawsze jest obawa, że wkrótce się na siebie rzucą.   

O niebudzeniu niemieckich i polskich wirusów.

Nie widzę niczego groźnego w uchwale CDU na temat wypędzeń. Dzisiejsza Polska zachodnia to były przez wieki Niemcy, ojczyzna ludzi, którzy tu mieszkali. I oni mają prawo pielęgnować pamięć o tej ojczyźnie, jak Polacy z Wileńszczyzny o swojej. Tym co jest naprawdę ważne i może stać się niebezpieczne, to przesadne, często histeryczne reakcje (części polityków i mediów) na poczynania Pani Steinbach, czy na takie uchwały. One u nas budzą wirusy polskiego nacjonalizmu i antygermanizmu, a tam nacjonalizm niemiecki i antypolonizm. W starciu tych wirusów nie mamy szans.

Niemcy są różne; niechętne Polsce i Polakom, a nawet wrogie i te, dla których jesteśmy obojętni, czy które są nam przyjazne. Powinniśmy uważać, by ogromną większość nie żywiących do nas niczego złego nie obrócić przeciwko nam, naszymi emocjami i histeriami, których wiele było w ostatnich latach, głównie ze strony szeroko pojętej formacji PiS-owskiej.

W naszym interesie leży, by na gruncie dzisiejszej realności; Polski na Odrze i Nysie Łużyckiej oraz Polski i Niemiec w Unii Europejskiej, żyjący jeszcze polscy i niemieccy żołnierze II wojny światowej podali sobie ręce, przecież nie zapominając, kto napadał, a kto się bronił. W dopisanym ostatnio fragmencie tego “Co dotąd przeżyłem” (na tej stronie), wywołanym urodzeniem się piątego wnuczęcia Oliwii, jest taki fragment:

   ”W grudniu 2007 roku ze wzruszeniem wraz z Haliną oglądaliśmy transmisje z otwarcia granic, bo Polska wchodziła do Schengen. Zachwyciły nas dwa zdjęcia. Na jednym niemiecki strażnik i polska strażniczka wymieniają soczysty pocałunek, a na drugim polska i niemiecka straż graniczna wspólnie usuwa szlaban. Błogosławmy czas w którym żyjemy patrząc na to zdjęcie i pamiętając inne, jak 1 września 1939 roku Wehrmacht usuwa podobny szlaban wkraczając do Polski”.

Dziękujmy za ten czas, komu uważamy, że trzeba podziękować, cieszmy się nim i nie róbmy nic przeciwko niemu. Nie budźmy - pod fałszywym pretekstem pamięci, raczej pamiętliwości - wirusów zła, które nie wyginęły całkowicie.  

O Federacji Europejskiej

Powiedziałem też, że im Unia Europejska (najpiękniejszy pomysł Europejczyków od czasu, kiedy uświadomili sobie, że nimi są) będzie bardziej zwarta, jako organizm gospodarczy i polityczny, tym bardziej zniwelowana będzie przewaga jej głównych krajów i tym większy wpływ będą miały takie kraje, jak Polska i mniejsze. W naszym interesie leży marsz Unii, oczywiście powolny i długi, ku konfederacji a potem Federacji Europejskiej, w której poszczególne państwa stają się prowincjami. To odległa przyszłość, ale to najlepsza przyszłość. Unia luźna będzie podatna na rozsypkę i na powrót do czasów, gdy na tym skrawku globu każde pokolenie młodzieży stawało naprzeciw siebie z bronią w ręku. 

Polska w Federacji Europejskiej nie przestanie być Polską, a Polacy Polakami. Będziemy sobą w ramach wielkiej organizacji;  wolni, niepodlegli, bezpieczni i syci. Ale niestety nie tak szybko; dla takich, jak ja za wolno.



Niech żyje dąb w Jaśle!

Czwartek, czerwiec 18th, 2009

LICZNIK PREZYDENCKI
Do końca kadencji “Prezydenta Swojego Brata”
zostało 494 dni (już poniżej pięćset).

Wysłuchałem w czwartek w TVN24 dwu wiadomości, które chcę skomentować. Najpierw słowa Silvio Berlusconiego. Uzasadniając dlaczego Włoch powinien zostać szefem Parlamentu Europejskiego powoływał się na to, że we Włoszech frekwencja w wyborach wyniosła dwie trzecie, a w Polsce jedną czwartą uprawnionych, że jego partia dostała największą w Unii liczbę głosów, a mianowicie 12 milionów podczas, gdy Platforma Obywatelska tylko 3 miliony. Warto, by te słowa premiera Włoch usłyszeli polscy wyborcy, bez względu na to, jaki będzie wynik zabiegów o obsadzenie tego ważnego stanoiska. Słowa Berlusconiego potwierdzają prawdę, że ważne jest nie tylko kogo wybieramy, ale także ilu z nas go wybiera. Im więcej, tym większą temu komuś dajemy w rękę siłę w robieniu tego, czego od niego oczekujemy, mówi się, że tym silniejszy mu dajemy mandat. I nasz wybraniec w razie potrzeby może się na silny mandat powoływać, albo nie może się powoływać, jeżeli stoi za nim mała liczba wyborców. Niestety premier Tusk nie miał w ręku równie silnych faktów, by ten argument Berlusconiego odeprzeć. Wedle słów Sławomira Nowaka premier mówił, że PO dostała największy procent głosów, ale to nie zmienia faktu, że pod względem liczby głosów w obu krajach Pan Mauro góruje nad Jerzym Buskiem, jak 1:4. Oczywiście targi w samej Brukseli mogą przeważyć szalę na rzecz naszego kandydata, ale to nie zmienia faktu, że argument frekwencji ma znaczenie, a więc i frekwencja w wyborach jest ważna, dla siły partii w kraju i dla siły kraju w Unii Europejskiej. Lenistwo wyborcze nie służy krajowi.
*************
W ten sam czwartek trochę z rozbawieniam, ale i ze złością wysłuchałem tyrady przeciwko dębowi. A mianowicie jeden starszy Pan, może nawet trochę starszy odemnie przypomniał mieszkańcom Jasła, że piękny, dorodny dąb stojący w reprezentacyjnym punkcie to dar dla zajętego przez Niemców miasta od Adolfa Hitlera. Albo nikt o tym już nie pamiętał poza tym Panem, albo ci co pamiętali nie uważali, że metryka dębu jest czymś takim, co warto przypominać, dość, że wybuchła sensacja. Dąb od Adolfa Hitlera! Na najbardziej widocznym widoku! Hitlerowskie żołędzie brukające odwieczną Polską ziemię, tworzące grunt pod kolejną niemiecką konkwistę, zatruwające naszą ojczystą atmosferę drobinkami tlenu z wizerunkiem swastyki!
Starszy pan przypomniał historię dębu z całkiem spokojnym komentarzem, i sensownym, że może to być dzisiaj, w końcu siedemdziesiąt lat po wybuchu wojny, obiekt o turystycznej wartości, przynoszący budżetowi polskiego miasta i okolicznym sklepikom pieniądze. Tego sobie Adolf w złym śnie nie mógł wyobrazić dając w darze ową sadzonkę. Już to zachęcałoby do postawienia obok dębu odpowiedniej tablicy i zrobienia reklamy obiektu świadczącego, o tym jak sprawiedliwy los potrafi odwinąć się bandycie. Ale znalazło się w Jaśle serce tak patriotycznie wrażliwe, że myślenie przycupnęło przy nim, jak onieśmielona myszka, a mianowicie serce pani Burmistrz, takiej chyba pięćdziesięciolatki, która z jakże rodzimym uśmiechem na twarzy powiedziała; Nie! coś takiego nie może stać w środku miasta! Zetniemy to teutońskie ziele, niczym “koń jasielski” zostawione tutaj przez najeźdźcę. Nie będzie dąb Jasła nam germanił!
Pani Burmistrz, niech Pani tej, zastrachanej patriotycznym sercem, myszce myślenia trochę dopomoże. Pewno powie ona Pani, by posłuchała głosu takiej ślicznej może dwudziestoletniej jasłowianki, która na pytanie czy ściąć ten dąb odpowiedziała; “a komu on przeszkadza?”. Pani Burmistrz, jak wiadomo “myślenie ma ogromną przyszłość”. Także w jasielskim urzędzie miasta. Niech Pani na nie postawi. I niech żyje dąb!



Ciąg dalszy debaty!

Piątek, czerwiec 12th, 2009

LICZNIK PREZYDENCKI
Do końca kadencji “Prezydenta Swojego Brata”
zostało 500 dni (już poniżej dwu lat).

Drodzy Bywalcy,

sytuacja normalnieje. Do Brukseli jedzie lepsza reprezentacja niż poprzednio. Mam na mysli także posłów z PiS. PiS dostał tam gdzie powinien dostać i gdzie mu się należało. Słychać narastające trzaski w PGR Kaczory, co budzi radość. Na dodatek lato, czuję się jak ten Jasio, który rósł a nic nie mówił ku zmartwieniu rodziców, aż pewnego dnia całkiem poprawnie zagadał - “no to kiedy będzie ten soczek!”. A na wyrzuty rodziców, że tak ich zmartwił nic nie mówiąc odparł; Nie mówiłem bo było jak trzeba! 

Zaiste jakoś nie widzę potrzeby żeby dociekać, czy Pani Kotek była pobita, i w jakim oddziale AK walczył Jarosław Kaczyński, a także to czy Jerzy Buzek będzie kandydatem na prezydenta i czy PSL wyjdzie z koalicji. Nie twierdzę, że to nieważne, ale nie mam nic odkrywczego do powiedzenia. Przynajmniej na razie. Więc zostawiam Wam wolne pole!



DAJMY JESZCZE RAZ KACZOROM W KUPER!!!!!

Piątek, czerwiec 5th, 2009

LICZNIK PREZYDENCKI
Do końca kadencji “Prezydenta Swojego Brata”
zostało 506 dni (już poniżej dwu lat).

Porażka PiS to być może szansa na pozytywne zmiany w tej partii z odesłaniem Kaczorów do sadzawki!



Zmiana dyskutowiska.

Piątek, czerwiec 5th, 2009

LICZNIK PREZYDENCKI
Do końca kadencji “Prezydenta Swojego Brata”
zostało 506 dni (już poniżej dwu lat).

Panie i Panowie Bywalczynie i Bywalcy,

otwieram nowy biwak, bo na poprzednim już bardzo ciasno. Na razie nie mam pomysłu na nowy komentarz w tym miejscu. Natomiast polecam jutrzejszą Gazetę. Będzie w niej mój tekst sprzed 25 lat o  wyborach do parlamentu europejskiego. Będzie tak, jak w kinie “Retrospekcja”, przez co i “Dziś” widać wyraziściej.



Anonimowość bez gwarancji.

Wtorek, maj 26th, 2009

LICZNIK PREZYDENCKI
Do końca kadencji “Prezydenta Swojego Brata”
zostało 516 dni (już poniżej dwu lat).

W blogosferze trwa awantura po zerwaniu maski z Pani Katarzyny Sadło znanej w sieci, jako kataryna, zdolnej, pracowitej i bardzo tendencyjnej, propisowskiej, antyplatformianej i mającej alergię na Trzecią Rzeczpospolitą, blogerki. Lekką ręką rozdawała łatki i oskarżenia, głównie na lewo od PiS podpierając je tendencyjnymi interpretacjami faktów i cudzych słów. Sam tego doświadczyłem. Ale nie o niej chcę pisać.

Przy okazji toczy się dyskusja na temat anonimowości w sieci, która to anonimowość jest tak rozpowszechniona, jak w żadnej innej sferze życia publicznego. Ona ma plusy, bo wiele osób, które wnoszą do wirtualu coś wartościowego, czasem prawdziwe perły, mogłoby nie mieć odwagi zaczynać swoją przygodę z internetem od imienia i nazwiska. Anonimowość nadaje sieci dynamikę i jest źródłem wielu pojawiających się w niej talentów i skarbów, których mogłoby nie być, gdyby nie ona właśnie. Ale anonimowość sprzyja też całkowitemu brakowi odpowiedzialności za słowo. W rezultacie przez sieć płynie  także ogromny rynsztok.

Dosięga on również mnie. Oto - jako przykład - próbka określeń, które zarobiłem ostatnio na dwu tylko blogach Salonu24 administrowanego przez Igora Janke:  “zdrajca, swołocz, lump, kreatura, opłacany gnój, gad w formie niezakamuflowanej, menel, skończone bydlę, potworna menda,  niech stąd wypieprza, gnida, kanalia, niegolony, brudny, zaniedbany, zapluwa się, głupi prymityw, jadowity psychopata, obłędny typ wyjątkowego skurwysyna, wariat, dostał pierdolca, podły i prymitywny klamczuch, zaniedbany staruszek, obłąkany, menda moralna,  łajdak, kłamca i złodziej, człowiek opętany”.  Tak łagodne jak na przykład; żałosna postać, marny człowieczek, wysyp bydełka, czy odłowić i do formaliny i wiele podobnych pominąłem. Żeby nie było jednostronnie dodaję, że podobnie jest w wielu innych miejscach, także na forach “Gazety Wyborczej” i gnojówka oblewa wszystkich, od prawa do lewa. 

Mamy więc dwie strony anonimowości. Uważam, że byłoby bardzo niedobrze, gdyby zaczęto w jakikolwiek sposób ograniczać prawo do podjęcia decyzji o założeniu maski. Gdyby obecność w internecie w jakikolwiek sposób wiązano z jawnością. Jak ktoś chce występować w masce, niech występuje całkiem swobodnie. Jestem więc za prawem każdego do podjęcia takiej właśnie decyzji. Ale to prawo nie może być interpretowane w tym sensie, że nikomu nie wolno próbować zerwać maskę! Dlaczego niby miało by być niewolno, albo dlaczego niby miałoby nie wypadać zrobić coś takiego?  Skąd taki specjalny przywilej? Za to, że się pisze w internecie? No to co?

Każdy ma prawo podjąć decyzję, że będzie pisał, czy mówił w masce i każdy ma prawo do tego, by zamaskowanemu próbować zerwać maskę i zerwać ją, jeżeli z powodu uważanego przez siebie za ważny tak sądzi. Odmawiam wszystkim zamaskowanym w sieci w tym także Katarzynie Sadło, w masce kataryny, prawa do anonimowości zagwarantowanej, zastrzeżonej. Nic mnie nie obchodzi, że ona czy ktokolwiek chce pozostać nieznanym w internecie. Niech sobie chce, to jej, jego, ich prawo, ale moim prawem jest zerwać im tę maskę, jeżeli uznam to za zasadne. To powinno być jasne, zniknąć powinny wszelkie znamiona szantażu, które wymuszałyby milczenie o ludziach w maskach, a takie znamiona szantażu są i oddziałują zarówno na tych z sieci, jak i tych z normalnych mediów, którzy nawet, jeśliby chcieliby, mają opory by o katarynie mówić Katarzyna Sadło, także z dodatkiem, że jest szefową Fundacji Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego.

Takie wzajemne prawo zamaskowanych i chcących zrywać maski jest niezbędne, ponieważ bez niego nie ma żadnego hamulca przez wypływem i rozlewaniem się internetowej gnojówki, żadnego hamulca wobec części internautów, których można przyrównać do stadionowych kiboli. To nie jest silny hamulec, ale jakiś jest. Na pewno silniejszy niż groźba sądu, bo to procedura długa i mozolna. Powtarzam więc prawo do decyzji o anonimowości - Tak! Prawo do gwarancji anonimowości - Nie! “Dziennik” miał pełne prawo tą Panią ujawnić, jeśli to uznał za celowe. Szkoda, że zrobił to półgębkiem, a przede wszystkim, że w bardzo nieładnym stylu.



Nowe Pole.

Środa, maj 20th, 2009

LICZNIK PREZYDENCKI
Do końca kadencji “Prezydenta Swojego Brata”
zostało 522 dni (już poniżej dwu lat).

Szanowni Państwo,

nie mam pomysłu na nowy wpis więc zapraszam na nowe pole, bo na tamtym już sporo komentarzy. Proszę mi wybaczyć lenistwo, ale maj taki piękny “i słowiki spać nie dają”.



Rząd “w sam raz”.

Czwartek, maj 14th, 2009

LICZNIK PREZYDENCKI
Do końca kadencji “Prezydenta Swojego Brata”
zostało 528 dni (już poniżej dwu lat).

Dwa i pół miesiąca temu opublikowałem w “Gazecie Wyborczej” artykuł “Kryzys musi się wyszumieć”. Postawiłem w nim tezę, że prawdopodobnie będzie o wiele mniejszy deszcz z ogromnej chmury zwanej “największy kryzys, porównywalny do tego z lat 30-tych”, napęczniałej także przez lawinę panikarskich doniesień mediów i komentarzy analityków. Po upływie czasu od wydrukowania tego artykułu jestem  bardziej spokojny, że nie wystawiłem na duże ryzyko zawodowej pozycji pisząc coś takiego. Wydaje mi się, że potencjał kryzysu światowego się wyczerpał, lub wyczerpuje, to znaczy, że siły pchające gospodarkę w dół wyrównały się lub wyrównują z siłami odbicia. To nie znaczy, że gospodarka światowa już za chwilę zacznie rosnąć. Ona może się jeszcze obsunąć przez siłę bezwładu i efekty wtórne, ale główne uderzenie mamy za sobą. Na pewno nie będzie to kryzys porównywalny, gdy chodzi o skalę nieszczęść z kryzysem lat 30 - tych. To było oczywiste od pierwszych miesięcy jego trwania i od pierwszych reakcji władz publicznych w głównych gospodarkach światowych, w szczególności Stanów Zjednoczonych. Mam na myśli po pierwsze szybko podejmowane decyzje przeciw panice i katastrofie systemu bankowego, a także działania ograniczające niepewność i - mimo ryzykowności takiego działania - częściowo zastępujące unicestwiony przez kryzys popyt, popytem z pieniędzy publicznych. Po drugie, brak nacjonalistycznej, protekcjonistycznej reakcji na kryzys ze strony głównych gospodarczo krajów.

Już dwa i pół miesiąca temu można było powiedzieć, że kryzys sfery finansowej został w zasadzie opanowany. Nie ma bankructw ważnych banków i słabnie także głęboki niedawno, ogólny pesymizm. On zawsze jest bardzo silnym, chociaż wtórnym, bo zrodzonym przez początkowe wstrząsy, czynnikiem kryzysotwórczym, podobnie jak istna “lawina medioklastyczna”, wyzwolona przez wyścig mediów do miana liderów w krakaniu. Narasta optymizm na rynku amerykańskim, czyli w oku kryzysu, giełdy nie są już w generalnym trendzie spadkowym, lecz szukają punktów odbicia. Rosną ceny ropy naftowej, co jest niezłym miernikiem poprawy nastrojów, pokazującym, że pojawiły się i wzmagają przewidywania powrotu koniunktury.

Nie będzi więc Apokalipsy, ani końca kapitalizmu, który tu i ówdzie zaczęto wieszczyć, bo też nie wiadomo czym miałby być zastąpiony. Nawiasem mówiąc uważam, że coś takiego, jak kapitalizm nie istnieje. Istnieje współczesna gospodarka, której, jak zresztą i gospodarek wcześniejszych, kluczową instytycją jest rynek. Tu i ówdzie istnieje też komunistyczna patologia w gospodarce, a kapitalizm to słowo-relikt wykorzystywane przez piewców owej patologii do walki i niszczenia tego, co w gospodarce normalne i wymyślone dziesiątki wieków temu przez ludzkość. Więc nie będzie końca kapitalizmu, czyli normalności, co najwyżej jakieś korekty, czyli też normalność.

Na tym tle warto ocenić postępowanie rządu. Ono nie zasługuje na tak ostrą krytykę, jakiej jest poddawane. Słychać, że na program antykryzysowy, który został wprowadzony tylko trochę, może być za późno. Tyle, że owo spóźnienie to niekoniecznie zło. Działanie nie zawsze jest cnotą, a czekanie nie zawsze jest niecnotą. Bywa i odwrotnie, czasem nie warto się spieszyć. Nasza gospodarka zwolniła i może nawet dojść do pewnego spadku PKB i oczywiście do wzrostu bezrobocia, z czym mamy już do czynienia.  Ale na tle innych krajów broni się ona dobrze sama i taka samodzielna obrona gospodarkę wzmacnia, podczas, gdy jej budżetowe pobudzanie, to ”haj”, który daje efekty na krótką metę i zwykle większe szkody później. Dlatego wskazana jest ostrożność w zasilaniu gospodarki pieniędzmi z dodatkowego, a i tak już dużego, zadłużenia publicznego, o co wołają zgodnie populiści w polityce i sfery gospodarcze chętnie dzielący się z budżetem stratami i bardzo niechętnie zyskami.  Uważam, że dobrze się stało, iż rząd nie przykładał ręki do siania paniki, nawet jeżeli nie mówił wszystkiego do końca, i że nie ulegał krzykowi by dawać! dawać! dawać! A na dodatek, jak się bliżej przyjrzeć temu co robił (choćby czytając internetowe strony Kancelarii Premiera), to nie można powiedzieć, że był bierny. Nie był fatalny, ani genialny - był ”w sam raz”.



Krótko o moim blogowaniu.

Środa, maj 6th, 2009

LICZNIK PREZYDENCKI
Do końca kadencji “Prezydenta Swojego Brata”
zostało 536 dni (już poniżej dwu lat).

W związku z uwagami Jambruskyego, czy wręcz z zarzutami, o nieregularności moich wpisów na blogu, co sprawia, że blog ma podobno niskie notowania (nie potwierdza tego liczba odwiedzin i odsłon) chcę jeszcze raz powtórzyć moje podejście do blogowego dziennikarstwa. Otwierając blog stworzyłem kącik, polankę, świetlicę, co kto woli, do dyskutowania na dowolne tematy. I do zabierania głosu samemu, gdy z jakiegoś powodu nie mogę, lub nie chcę wypowiadać się w mainstreamie. Chodziło głównie o rozdeptywanie PiS-owskiego chwasta, czyli IVRP. Teraz jest już jego resztówka w Pałacu więc rozdeptuję leniwiej. Nie miałoby dla mnie najmniejszego sensu utrzymywanie blogu, gdyby wiązał się z nim obowiązek dawania co parę dni nowego wpisu, bez względu na to, czy uważam, że powinienem zabrać głos, czy nie, a tylko dlatego, że minęło parę dni. Mam lat 70, jestem emerytem i mam przywilej niepodlegania żadnym obowiązkom, które w jakikolwiek sposób przypominałyby pracę. Pracuję kiedy chcę.  Na razie nie chcę, więc zostawiam Was drodzy bywalcy na Leśnej Polanie, coraz bardziej wiosennej.  I widzę, że całkiem Wam na niej dobrze, co mnie bardzo cieszy.



Debata we mgle.

Wtorek, kwiecień 28th, 2009

LICZNIK PREZYDENCKI
Do końca kadencji “Prezydenta Swojego Brata”
zostało 544 dni (już poniżej dwu lat).

Słucham komentarzy, czytam je i nie od dziś uważam, że debata polityczna toczy się przy nierozumieniu co się na prawdę dzieje od paru lat. Nie może się przebić do szerszej świadomości podstawowa zmiana zaistniała wraz z pojawieniem się Prawa i Sprawiedliwości, partii która urosła do rangi wpływowej siły antyustrojowej. Takiej siły, o takim znaczeniu nie było wcześniej. Żadna partia po roku 1989 nie miała za główny cel likwidację istniejącego porządku politycznego i zastąpienie go zupełnie innym. PiS, pod kierownictwem Kaczyńskich, taki ma właśnie cel i jest to jedyny cel tej partii. Zniszczyć Trzecią Rzeczpospolitą, porządek tworzony od 20 lat i zastąpić go Czwartą RP wedle ich wyobrażeń, których wzorcem historycznym jest Polska po przewrocie majowym roku 1926. Jeśli się tego nie widzi, jeśli się uważa PiS za partię, jak wszystkie inne, to się niczego nie rozumie z dynamiki politycznej ostatnich lat. Jest się jak człowiek we mgle, które widzi cienie i słyszy chaos głosów i nie potrafi tego uporządkować, by z mgły wyjść. Tkwi w niej ogromna część, jeśli nie większość komentatorów.

Tymczasem polityczna Polska po powstaniu i umocnieniu się PiS jest zupełnie inna niż przed tym! Główna partia opozycji nie walczy już o to, by odwieść rząd od złej, jej zdaniem, polityki i przekonać wyborców, że rząd nie potrafi prowadzić dobrej. Nie o to chodzi. Walczy ona o to, by odbić Polskę Platformie Obywatelskiej, wrogiej sile, która chce rozbić naród, społeczeństwo i państwo, która z pomocą mediów oszukawszy wyborców przechhwyciła Polskę i broni antynarodowego, antyspołecznego i antypaństwowego ustroju zwanego III RP. Wszystko co prowadzi do tego celu, choćby po drodze przynosiło krajowi szkody i straty jest usprawiedliwione celem nadrzędnym.

Dopiero przyjęcie tej perspektywy, wywiedzionej ze słów Jarosława Kaczyńskiego pozwala zrozumieć sabotażowy, wręcz dywersyjny, styl opozycji PiS i Pałacu Prezydenckiego, który na ogół tłumaczony jest błędnie agresywnym charakterem braci.  Po drugie, w tym konflikcie politycznym nie ma równorzędności,  symetrii, nie odbywa się on wedle zasady, że obie strony są siebie warte.  Platforma nie jest jak wiadomo entuzjastką obecnego ustroju, choć ma inne niż PiS spojrzenie na III RP i dwudziestolecie. Nie można więc powiedzieć, że świadomie broni ustroju przed PiS. Broni głównie swej władzy i swej polityki, a przy okazji jest zaporą przeciwko ponownemu dojściu partii Kaczyńskich do władzy i nadzieją na ich ostateczne odsunięcie. Ta dwoistość roli PO, której może ona sama sobie nie uświadamia, lecz uświadamia sobie ją wielka część wyborców, jest powodem fenomenu sondażowego, bez precedensu w dwudziestoleciu, że partia u władzy i to w okresie trudnym dla ludzi ma tak ogrome poparcie. Tama, zapora przed groźną wodą, tym jest Platforma dla wielu wyborców. Dlatego, nawiasem mówiąc, bezsensowna jest strategia lewicy, która wrzuca PO i PiS do jednego worka, próbując przekonać ludzi, że tama i powódź to to samo.  

Nigdy dotąd lęk przed jakąś partią nie nakręcał tak bardzo poparcia dla innej partii, uważanej za ochronę przez czymś budzącym strach. Błądzeniem we mgle jest też mówienie, wysokie notowania PO to skutek słabości opozycji, czy braku alternatywy. To są określenia powierzchowne i fałszywe. Opozycja nie jest  słaba, lecz bardzo silna. Składa się na nią partia mająca twardy elektorat w granicach 20 % wyborców, co też jest fenomenem i prezydencki bastion będący jej narzędziem. Jest więc też alternatywą, tyle, że groźną.

PO ma tak wysokie notowania właśnie dlatego, że opozycja jest silna i bardzo groźna, że w przedpokoju czeka na powtórkę PiS i IVRP. Tak groźnej, w odbiorze znacznej części Polaków alternatywy dotąd nie było. Nawet perspektywa zdobycia władzy przez postkomunistów w roku 1993 nie budziła tak długo, tak dużego lęku, że przyjdzie ekipa mająca znowu apetyt na “demokrację” z przymiotnikiem i obywateli trzymanych za twarz. To z powodu tej grozy, którą Polacy, ich ogromna większość, zobaczyli w latach 2005-2006 Platforma jest uważana za antypisowski puklerz i miecz i to daje jej popularność. To i wszystko inne zaczyna się układać w jakiś porządek, właśnie wtedy, gdy zrozumiemy, że wraz z pojawieniem się PiS zmieniła się nie tylko sceneria, temperatura i retoryka debaty politycznej, lecz także jej istota. Normalna debata demokratyczna została wymieszana i podminowana przez wojnę z ustrojem prowadzoną przez PiS-owski konglomerat; partię i okop prezydencki. Nie uspokoi się, jak długo ta partia pozostanie w rękach polityków kochających Sanację i nienawidzących Trzeciej Rzeczpospolitej.