Jestem z Układu

Polska pod zaborami,Komoruski nas rusyfikuje

sobota, 1 Październik 2011

We wtorkowej „Rzeczpospolitej” znalazłem artykuł Andrzeja Nowaka „Poeci i Wielka Ściema”, w którym profesor odleciał do Księgi Guinnessa. Nieco wcześniej Michał Szułdrzyński w tejże gazecie wytknął Jarosławowi Rymkiewiczowi, że podjudzany przez „Gazetę Polską Codziennie” zachęca Polaków do rebelii, która może być nawet krwawa. Andrzej Nowak oburzając się na zarzuty dziennikarza przywołuje poezję Herberta, Mickiewicza, cytuje fragmenty „Wesela” Wyspiańskiego i pisze, że to, do czego wzywa Polaków Rymkiewicz jest tym samym, o co wołali ci poeci.

Nikomu poza, jak widać, Andrzejem Nowakiem, nie trzeba mówić, co stworzyło poezję tych twórców. Więc mówię mu: poezja Herberta zwracała się do społeczeństwa żyjącego w niesamodzielnej, totalitarnej, opresyjnej namiastce państwa, jaką była PRL. Poezja Mickiewicza i Wyspiańskiego opisywała kondycję i pragnienia narodu, któremu zabrano państwo. Narodu, który rozdarto na części, dzieląc między trzech zaborców i masakrowano przy każdej próbie odzyskania wolności. To były poezje czasów niewoli, czasów naszych największych nieszczęść, czasów ponurych, beznadziejnych, także gdy chodzi o osobiste losy ludzi.

Jak ślepym trzeba być na rzeczywistość, w jak grubym tkwić kokonie fałszów zrobionych samemu sobie, by przypinać do tamtej poezji czas dzisiejszy. Dzisiejsza Polska, jawi się Andrzejowi Nowakowi taką samą, jak ta w której Wielki Książę Konstanty mówił nam (cytuję profesora): „jak będziecie posłuszni, jak będziecie się płaszczyć, to będziecie mieli spokój”. A cesarz Aleksander II reagując na polskie nadzieje, że przywróci nam trochę niepodległości, odpowiadał: „żadnych marzeń Polacy”.

Tak profesor widzi dzisiejszą Polskę, państwo niepodległe o ukształtowanej demokracji, gwarantującej obywatelom tę samą wolność, jaką dają wszystkie kraje demokratyczne. Tak widzi Polskę będącą, z Niemcami, członkiem Unii Europejskiej i NATO, dwóch międzynarodowych superstruktur, do których należymy dobrowolnie. Te superstruktury, a także odsunięcie Rosji od granic z Polską, przez spontaniczny „rozbiór” państwa carów i sowietów, po raz pierwszy od trzech stuleci wydobyło nas ze strefy realnego zagrożenia rosyjskiego. Ale dla Nowaka teraz Putin mówi nam: „żadnych marzeń Polacy”, a pan profesor pewno śpiewa: „ojczyznę wolną racz nam wrócić Panie”.

Artykuł Andrzeja Nowaka zasługiwałby na współczujące pokiwanie głową i nic więcej, gdyby nie to, że jest on utytułowanym przykładem podobnych postaw, niestety dość licznych w społeczeństwie. Część Polaków w swych majakach, nadal żyje pod zaborami, podlega rusyfikacji i germanizacji przez prezydenta Komoruskiego i premiera, wnuczka dziadka z Wehrmachtu. No i oczywiście szykuje się do walki o niepodległość, do wywalenia z kraju niemieckich i ruskich okupantów i odbudowy prawdziwej Polski, na gruzach kondominium rusko-niemieckiego.

Piszę może za lekko, bo sprawa jest bardzo poważna. 9 października wybieramy los kraju co najmniej na cztery lata. Czy tym majaczeniom otworzymy drogę do sterów państwa? Czy pozwolimy, by w niepodległym państwie majaczący, mając władzę, prowadzili „wojnę o niepodległość” ze wszystkimi wokół – w kraju i poza nim? Czy zrobimy Polsce i samym sobie tak wielką krzywdę?

Waldemar Kuczyński specjalnie dla Wirtualnej Polski

http://wiadomosci.wp.pl/kat,1342,title,Polska-jest-pod-zaborami-Komoruski-nas-rusyfikuje,wid,13843052,komentarz.html

Gonimy bogatą Europę, że hej!

czwartek, 1 Wrzesień 2011

Mój tekst z wczorajszej „Gazety Wyborczej”:

 http://wyborcza.pl/1,75515,10201406,Gonimy_bogatsza_Europe__ze_hej_.html

PiS to rebelianci, nie dyskutanci.

poniedziałek, 29 Sierpień 2011

Mój komentarz z Wyborcza.pl

Jarosław Kaczyński odmawiając udziału w debatach wyborczych z pozostałymi partiami nie zrobił niczego niezwykłego. Postąpił zgodnie z własnym rozumieniem swojej roli w polityce i roli kierowanej przez niego partii. Jarosław Kaczyński i PiS nie identyfikują się z tą Polską, o której sprawach mają być debaty uzgodnione między pozostałymi partiami.

W tym sensie, jak napisał to rok temu sam prezes oni nie są w Polsce, lecz dopiero muszą do niej wrócić. To wedle nich jest Polska podbita przez wrogie narodowi siły i debata nad tym, co w niej poprawić, byłaby działaniem wbrew ich głównemu politycznemu zamiarowi. Oni nie chcą w tej obecnej Polsce niczego zmieniać na lepsze. Chcą poprzez skrajnie nieobiektywną, pełną fałszów kampanię wyborczą wprowadzić wzburzenie w kraju i, zwiódłszy wyborców, tą drogą odbić Polskę z rąk wrogów.

Im debata nie jest potrzebna, im jest potrzebna wojna na słowa, a temu nie służy siadanie przy jednym stole na gruncie neutralnym i przy neutralnym moderatorze. Znacznie lepsze są własne konferencje prasowe, na których bez ograniczeń można zamieniać język z narzędzia komunikacji na kastet i gazrurkę.

PiS nie jest normalną partią demokratycznej opozycji. Bez uświadomienia sobie tego nie można zrozumieć polskiej polityki od chwili gdy ta partia zaczęła odgrywać ważną rolę na scenie politycznej. PiS jest partią ustrojowego przewrotu, jak kiedyś komuniści na zachodzie Europy. Trzeba ją, jak kiedyś tamte partie, otoczyć obywatelskim kordonem izolacji, tym bardziej, że izolują się sami. To dobrze, że nie będą uczestniczyć w debatach partii, które do obecnego kształtu Polski, nawet jeśli nie wszystko w nim akceptują, nie mają stosunku wrogiego i nienawistnego. Będzie w tym mniej fałszu, będzie klarowniejsza sytuacja; tu debata, tam rebelia.
 http://wyborcza.pl/1,75968,10196483,PiS_to_rebelianci__a_nie_dyskutanci.html

Arcb. Dzięga Pasterz PiS-owskich dusz

poniedziałek, 15 Sierpień 2011

Mój wpis z facebooka:

  Arcybiskup Andrzej Dzięga zajął się na Jasnej Górze katastrofą smoleńską. W polityczno-kościelnym slangu atakował obecną władzę. Wytykał i pouczał w imienu całego narodu. W podtekstach powtarzał myśli Naszego Dziennika i Gazety Polskiej, o niewyjaśnionych pytaniach i uległości wobec Moskwy. W tych partiach nie mówił, jak duszpasterz lecz, jak pasterz PiS-owskich dusz. I nie w imieniu narodu, tylko jego kawałka.

To szczeniactwo, nie lewicowość.

poniedziałek, 15 Sierpień 2011

Mój czwartkowy komentarz dla WP:

Od kiedy kierownictwo SLD objął Grzegorz Napieralski strategia partii oparta została na założeniu, że Polacy dzielą się na lewicę i prawicę. Prawicowcy głosują na dwie bliźniacze partie PO i PiS, a lewicowców trzeba odzyskać dla SLD. Z dwu prawicowych bliźniaków atakować należy Platformę, bo rządzi i trwa przy niej część wyborców lewicy wystraszonych PiS-em. Jak się im wmówi, że PO rządzi strasznie to wrócą do macierzy. W okresach między wyborami strategię partii weryfikują sondaże. Otóż suma sondaży Sojuszu Lewicy Demokratycznej w ostatnich kilku latach jest z grubsza biorąc linią poziomą i to nie na wysokości kilkunastu procent, lecz raczej nieco poniżej dziesięciu. Wydawałoby się, że to silna wskazówka dla zmiany strategii.

A tu czytam, że do wyborów będzie ta sama tylko bardziej ostra. Za taran posłuży Grzegorz Napieralski. Jako mąż stanu! I pierwsze tony kampanii. Poseł Wikiński, lubiący grafomanię, przyrównuje rząd do drakuli, a „mąż stanu” łoi w spocie, polityków głównie PO, mówiąc, że tylko on zrozumiał co ważne dla ludzi. Pomijam drakulę, czy homofobiczne wypsnięcie się posłowi Wikińskiemu, ale ten spot. W treści to komunały, na dodatek, choć gładko napisane, to czytane bez przeżycia tego co się czyta, bez związku z tym, co się czytając myśli. To czuć i widać nawet słuchając szefa SLD w radio. Oczy bolą, w uszach trzeszczy, w zębach zgrzyta.

Sam pomysł, by pokazywać Polakom Grzegorza Napieralskiego, jako męża stanu świadczy o porażeniu jego i jego otoczenia przez pychę. Pierwszy z grzechów głównych, groźny dla polityków.Cóż takiego może pokazać wyborcom, by, nawet robiąc wysiłek, ujrzeć w nim męża stanu, czy choć zadatek na niego? Że usunął Wojciecha Olejniczka, polityka o wiele bardziej niż on otwartego i szczerego, że zebrał kilkanaście procent głosów w wyborach prezydenckich? Mąż stanu to miano, którego nie nadaje grono bliskich, i którym nie są w stanie uczynić nikogo najlepsi spece wizerunkowi. To miano nadają ludzie i historia w nagrodę, za wielkie czyny. Nie zawsze dobre. Przylepianie go sobie w kampanii to wyraz traktowania wyborców, jako tłumu naiwnych. Jako tych, których trzeba schwytać na poważne słowa i miny, dobrze uprzednio pod nich przygotowane, ale z tym co się myśli i kim się jest nie mające wiele wspólnego.

Ta strategia nie da SLD sukcesu. Nie wmówi się, że pod rządami PO Polska tonie, bo nie tonie. Czy, że wpadnie w straszny kryzys, jak ma nadzieję Włodzimierz Czarzasty, bo nie wpadnie. W wyborach nie głosujemy dla partii, lecz dla kraju, bo kraj musi być rządzony. Zdarza się, że głosujemy z radością, bo jest partia, która mówi wiarygodnie to co chcielibyśmy, by się stało. Ale zwykle nie ma takiej partii, bo ich jest mało, a wyborców miliony. I wtedy trzeba wybrać tę, której najmniej nie lubimy. Nie warto zostać w domu, bo głos nieobecnego idzie zawsze na partię, której on nie lubi najbardziej. Stawka wyborów w październiku jest ogromna.

Rozstrzygnie się w walce PO i PiS. A stawką jest to czy będzie recydywa Czwartej RP, zepchnięcie Polski w nacjonalistyczny, odpychający kąt Europy, czy tego nie będzie. SLD Grzegorza Napieralskiego gra dziś w tej samej, co PiS drużynie. Na korzyść rozwiązania fatalnego dla kraju, które nie pasuje też do jego lewicowych wyborców i lewicowych deklaracji. To, co robi obecne szefostwo Sojuszu to nie jest lewicowość, to szczeniactwo.

http://wiadomosci.wp.pl/kat,50352,title,Ten-polski-polityk-mezem-stanu-Porazila-ich-pycha,wid,13680197,komentarz.html?ticaid=1cd8b

1 sierpień 1944: Chwała bohaterom, żal ludzi

niedziela, 31 Lipiec 2011

Powtarzam wpisy na blogu z rocznic 1 sierpnia 1944 roku.

2006-2007

Prawda, czy Rocznicowe Pustosłowie?

Słuchałem 1 sierpnia w „Poranku w TOK-u” rozmowy z Wiesławem Chrzanowskim o Powstaniu. Słyszałem mądry głos uczestnika. I słyszałem głos uczestniczki, która tonem piknikowym, jakby chodziło o udaną majówkę mówiła „jakie to były wspaniałe dni” i tak dalej. Tym, co stanęli do walki należy się szczególny szacunek. Ale szacunek nie może zamykac ust, a ja nie rozumiem piknikowego zachwytu kombatantki. Miała szczęście, przeżyła, ale jak można robić z Powstania wspaniałe dni, wiedząc, że kiedy po 63 dniach ludność opuszczała zburzoną stolicę została w niej wielotysięczna góra trupów, także trupów dzieci, którym nie dano przeżyć życia. Czy ta góra trupów, to atrybut wspaniałości? Czy ją można pominąć w szukaniu określeń dla powstańczych dni?

Jestem bardzo za tym, by pamięć o Powstaniu trwała, ale nie tylko pamięć z 1 Sierpnia, lecz nie słabsza pamięć z października. Dzień dzisiejszy, pamięć o tych co walczyli, o cywilach, co ginęli tuż przed końcem strasznej wojny, i dzieciach, co dopiero zaczęły oglądać świat, to właściwy moment w roku, by mówić nie tylko o bohaterstwie czynu, ale i o szaleństwie decyzji. Inaczej dwieście tysięcy śmierci będą oprawą dla rocznicowego pustosłowia i bezmyślności. Pierwszy Sierpnia fałszuje prawdę o Powstaniu, jeśli zapomina się o pamięci z jego końca. I tak się dzieje od dwu lat. Niech będą Wielkie Uroczystości, ale niech będzie w nich prawda, a nie sztampa, w jaką zmieniono tę rocznicę. Niech będzie, musi być pamięć o entuzjazmie ulicy warszawskiej w godzinie „W”, ale niech będzie też pamięć o niewyobrażalnym cierpieniu, jakie sprowokowała decyzja czterech generałów, kierujących się patriotyzmem, ale nie mądrością. Rok temu zrobiłem wpis tego właśnie co dziś dnia. Powtarzam go:

62 lata później

Pierwszy Sierpnia, 62 lata od początku niewyobrażalnego heroizmu i cierpienia Warszawiaków i jednocześnie 62 lata od wprowadzenia w czyn zbrodniczej decyzji kilku generałów, których ostrzegano, w kraju i z Londynu, by powstania nie wywoływać, bo skończy się tragedią. Określenie “zbrodnicza” to nie moje określenie, lecz generała Władysława Andersa, dowódcy II Korpusu, który w depeszy do ministra obrony narodowej Rządu Londyńskiego (z 23. 8.1944 r. cytuję za Jan M. Ciechanowski -”Powstanie Warszawskie” s.428) tak pisał: „Wywołanie powstania uważamy za ciężką zbrodnię i pytamy, kto ponosi za to odpowiedzialność?”. Na powstanie trzeba patrzeć przez pryzmat ostatnich jego dni, a nie pierwszych. Przez pryzmat ropy lejącej się z ran i much,  dla których Warszawa na 63 dni stała się rajem. To też nie ja. To uczestniczka powstania, która wypytywana wzniośle przez smarkulę telewizyjną – w roku ubiegłym -  z czym jej się powstanie kojarzy powiedziała, że z tym właśnie. Wyraźnie młoda dziennikarka nie tego oczekiwała.

Chwała łzy i żal, tym, za tych i po tych, co poginęli (o rannych i wypędzonych nie wspominam) i hańba za tę decyzję, prawdopodobnie najgorszą polską decyzję XX wieku.

A nauka jedna, nigdy więcej w ten sposób”.

I jeszcze jedna moja refleksja z ówczesnej dyskusji pod wpisem:  ”Gdyby Ci generałowie wtedy decyzji o powstaniu nie podjęli, co było tysiąc razy trudniejsze, właśnie niepodjęcie, to byliby bohaterami, niestety zapewne do dziś przeklinanymi i nazywanymi tchórzami, za to, że przepuścili ostatnią okazję wywalczenie niepodległości. Taki paradoks. I nie wykluczam, że świadomość, iż tak by zostali potraktowani pchnęła ich ku temu szaleńczemu dziełu. Nie wykluczam i tego motywu. Ale dzięki temu mają pomniki, zamiast złorzeczeń, choć  tuż po Powstaniu mieli ich nie mało ze strony ocalałych warszawiaków”. A o pułkownikach Kazimierzu Iranek-Osmeckim, Kazimierzu Plucie Czachowskim, czy Januszu Bokszczaninie, którzy próbowali zapobiec decyzji o godzinie „W” niewielu dziś wie, a to im się należy gloria. 

Ten wpis został opublikowany środa, Sierpień 1st, 2007 at 10:23

 —————-

2008

Chwała bohaterom, żal ludzi.

Nie jestem w stanie dołączyć uczuciowo do rocznicowych fet Powstania Warszawskiego. Dla mnie prawda o Powstaniu to pierwsze dni Października 1944, na potrzeby fet są obrazki z pierwszych dni Sierpnia. Patrzę na te 63 dni Warszawy oczami Mirona Białoszewskiego i jego słynnego dziennika, największej prawdy nie o Powstaniu, lecz o czymś ważniejszym, o Warszawie i Warszawiakach tamtych dni. Nie dojdzie się do niej, jak długo ktoś nie nakręci filmu o warszawskich piwnicach z czasów Powstania, o podwórkach zamienionych w cmentarze, o raju dla much jakim stała się Warszawa na przeciąg dwu miesięcy, o górze trupów ludzi, którzy przeżyli 5 lat koszmaru okupacyjnego, żeby zginąć u progu wyzwolenia. Po co? O dzieciach, które się urodziły w tym koszmarze i miały prawo żyć dalej, a im je zabrano. Dlaczego? I tak dalej i tak dalej. Największa zaś wściekłość budzi się we mnie, kiedy widząc tę górę trupów, to morze przerażenia i cierpienia, słyszę o moralnym zwycięstwie. Obyśmy nigdy już nie odnieśli podobnego moralnego zwycięstwa. Chwała bohaterom, ale najpierw, a nie potem, żal i refleksja nad 200 tysiącami zabitych ludzi, nad ruinami miasta, nad największą klęską polską w II wojnie światowej i jedną z największych w naszej historii. Nie czuję by był żal, refleksji też nie ma.

Ten wpis został opublikowany piątek, Sierpień 1st, 2008 at 09:15 .

2009

Apokalipsa Warszawy: ropa, głód, rozpacz i śmierć!

Z wielkim trudem wysłuchałem wczorajszej rocznicowej sztampy przy pomniku Powstania Warszawskiego. I bardzo mnie oburzyła rocznicowa uloteczka IPN włożona do gazet. Uśmiechnięty chłopiec, na tle nietkniętych pięknych kamienic secesyjnej Warszawy ze stenem na ramieniu. Z bronią, której było mniej niż odrobinę. To fałsz, bo prawda o paru pierwszych, entuzjastycznych dniach Powstania, bez prawdy o trzecim października jest ogromnym oszustwem, szkodliwą pedagogią. Zresztę pierwsze dni ta ulotka też fałszuje, bo chłopiec powinien mieć raczej pałkę na ramieniu, no może pistolet, albo karabin z kilkoma nabojami, albo wręcz gołe ręce, zamiast stena i w pierwszych dniach, było nie tylko święto, ale i jatka tej młodzieży słanej pokotem ogniem niemieckich karabinów maszynowych.

Wtedy gdy odbywał się ten nadęty wiec pod pomnikiem Powstania, w Polsacie szła migawka o różnych miejscach, gdzie jest Ono upamiętnione, aż dziennikarka doszła na Wolę. Zbudowano tam, jeszcze za PRL, wstrząsający pomnik wojownika stylizowanego na czasy bitwy pod Termopilami, a wokół kamienie, a pod nimi przerobione na glebę zwłoki dziesiątków tysięcy anonimowych cywili, którzy mieli szansę doczekać końca wojny i żyć. A wśród nich noworodki, niemowlęta i dzieci wepchnięte w tę glebę oczywiście ręką niemieckiego barbarzyństwa i barbarzyńcy, do którego jednak okazję stworzyło kilku patriotycznych głupców, ostrzeganych, że mogą sprowokować niewyobrażalną tragedię. Zasługują na złą pamięć i rolę straszydeł, a nie wzorców, którym stawia się pomniki i nazywa ulice. I wokół tego pomnika, być może największej prawdy o Powstaniu, a przynajmniej nie mniejszej, niż pomnik Powstania, czy Muzeum Powstania, pustka, cisza, śladu upamiętnienia. Jedyną monografię o losie ludności cywilnej w Powstaniu napisała Angielka. To wymowne. Monografię wstrząsającą i pokazującą, jak szybko parodniowa atmosfera święta wolności ustąpiła mrocznej atmosferze piwnic, ropy lejącej się z ran, much, rozpaczy, głodu i śmierci, śmierci, śmierci!

Nie będzie prawdy o Powstaniu, i nie będzie wyciągnięcia z niego tych wniosków, które powinny być wyciągnięte, dopóki w naszym myśleniu o tych 63 dniach nie powstanie wyobrażenie o górze stukilkudziesięciu tysięcy trupów, wśród ruin stolicy i nie zajmie ono przynajmniej równie ważnego miejsca, jak widoczek owego uśmiechniętego chłopca z bronią, której nie było. A należy się temu wyobrażeniu miejsce najważniejsze. Powstanie warszawskie to największa polska góra trupów w XX wieku, a może i największa od kilku wieków. Jak można tę jego stronę spychać w niebyt, albo sprowadzać do bąkania o losie ludności!? I jak można przechodząc niemal obojętnie obok tej góry – bo przecież czcimy bohaterów, którzy polegli w walce, a nie tych co zginęli umierając wcześniej tygodniami ze strachu – stawiać pomniki ludziom, którzy zdecydowali o rozpoczęciu tej walki!

Tyle na dzień godziny „W”, od osoby z rocznika, który nie mógł stawać z bronią w ręku, albo tchórzyć przed stanięciem i od osoby, która miała szczęście żyć wystarczająco daleko, choć w Reichu, by nie dosięgnął jej ostatni już na naszej ziemi wybuch barbarzyństwa hitlerowskiego, ale wzbudzony przez polskich szaleńców.

Podaję linki do moich wcześniejszych wypowiedzi z 1 sierpnia:

Ten wpis został opublikowany sobota, Sierpień 1st, 2009 at 10:23

http://kuczyn.com/2007/08/01/narodowy-pic-zamiast-prawdy/

http://kuczyn.com/2008/08/01/chwala-bohaterom-zal-ludzi/

http://kuczyn.com/2009/08/01/warszawska-apokalipsa-ropa-glod-rozpacz-i-smierc/#more-716

Polska nad przepaścią? Nie dajmy sobie wciskać kitu!

sobota, 23 Lipiec 2011

Mój komentarz dla Wirtualnej Polski:

 Idą wybory, więc i czas obietnic, także wątpliwej wartości, a z drugiej strony krytyk, często posuniętych w kłamstwach i czarnowidztwie do absurdu. Już słychać, że Polska stoi u progu katastrofy jak Grecja, albo i większej i tylko drastyczne zaciskanie pasa może ją od tego uchronić, a może i na to za późno. A w ogóle to zmarnowaliśmy 22 lata transformacji, bo to, tamto i owo, a głównie Platforma i Tusk. Gdy dużo mówi się o wyroku Trybunału Konstytucyjnego w sprawie wyborów piszę komentarz „Chwalmy Trzecią Rzeczpospolitą Obywatele”, bo jest za co. Mogę napisać bardzo obszerną pochwałę, ale mam mało miejsca, więc do rzeczy.

Bardzo dobrze wykorzystaliśmy 22 lata wolności. Popatrzmy na parę ważnych liczb gospodarczych i społecznych. Polski produkt krajowy brutto wzrósł od roku 1990 do 2010 o ponad 113%. Żaden kraj pokomunistyczny od Łaby po Władywostok nie osiągnął takiego wyniku. Jesteśmy czempionem wzrostu. Więcej, cały on – z dużym okładem – uzyskaliśmy dzięki przyrostowi społecznej wydajności pracy, która zwiększyła się w tym czasie o 132%. To poprawiło naszą konkurencyjność, dzięki czemu – podwajając PKB – zwiększyliśmy eksport czterokrotnie i to na rynki o najwyższych wymaganiach.

Jeszcze nie kończę; podwojenie PKB osiągnięto przy rewelacyjnym zmniejszeniu istotnych nakładów na jego uzyskanie. Zużycie wody, supercennego dobra, spadło w tym czasie o 24%, wydobycie węgla kamiennego o 47%, stali o 51%. Produkcja elektryczności wzrosła tylko o 11% i to – dzięki racjonalizacji zużycia – wystarczyło dla zwiększenia PKB, przy okazji znieczulając na potrzebę dbania o utrzymanie tego działu w należytym stanie. Całkowitej likwidacji uległy katastroficzne tendencje rozwoju gospodarczego z czasów PRL – rozwój bez eksportowych szans, skrajnie marnotrawny, przy nikłym wzroście wydajności pracy i dominacji gałęzi dewastujących środowisko.

Z sytuacji bez wyjścia w końcu lat 80. wyszliśmy ofensywnie na szerokie wody i nieźle płyniemy. Gdy chodzi o stopę życiową nawet trochę za dobrze. Płaca realna przy podwojeniu PKB wzrosła o 60% co nie jest rewelacją, ale nie jest też wynikiem złym. Nie oddaje jednak rzeczywistej poprawy poziomu życia, bo w tym czasie spożycie w sektorze gospodarstw domowych wzrosło o 121%, czyli więcej niż PKB, co już wskazuje na to, że żyliśmy ponad stan. Część długu publicznego tutaj ma źródło.

Wzrosły zróżnicowania społeczne, ale Polska nie jest czarnym wyjątkiem, jak się często sugeruje; mieścimy się w europejskiej normie, nieco bardziej zróżnicowani, niż średnia unijna. I jeszcze dwa wskaźniki brane, oprócz PKB, jako miary tego, czy kraj poszedł do przodu czy nie. Gdy kończył się PRL na tysiąc niemowląt umierało dziewiętnaście, a dziś pięć. O ponad pięć lat podniosła też Trzecia Rzeczpospolita średnią długość życia kobiety i mężczyzn. Pięć pięknych wiosen do oglądania dodatkowo.

Chwalmy więc Trzecią RP, ale i patrzmy co jest nie tak, bo jest. Ciągle gospodarka nie tworzy tylu miejsc pracy, by bezrobocie spadło w okolice 5% co byłoby do tolerowania. Nasz wzrost, czempioński, jest za mocno oparty o rynek wewnętrzny i konsumpcję, a za mało o inwestycje i – mimo postępu – o eksport. Nie jest też dobry, trwały deficyt w bilansie handlu zagranicznego. Nasze finanse publiczne na pewno nie stoją u progu katastrofy, jak to wieszczą wróżbici bardzo tego pragnący, choć biją się w piersi, że to nie prawda. Wymagają natomiast reformy, która jest zawsze głównie reformą wydatków i dlatego ludzie, a także politycy tak jej się boją. To zadanie dla zwycięzcy wyborów.

Pamiętajmy też, że Polska jest dziś solidnie wspierana środkami z Unii Europejskiej, lecz ten dopalacz kiedyś się skończy. Trzeba więc kraj już od teraz przygotowywać do życia całkowicie na własny rachunek. Mamy ogromne sukcesy i spore problemy, ale do rozwiązania. Nie dajmy sobie wciskać wyborczego kitu, ktokolwiek by nas nim faszerował.

http://wiadomosci.wp.pl/kat,126914,opage,2,title,Polska-nad-przepascia-Nie-dajmy-sobie-wciskac-kitu,wid,13618015,komentarz.html?ticaid=1cb6b

Rządź Platformo nadal Polską

czwartek, 14 Lipiec 2011

Mój najnowszy komentarz w Wirtualnej Polsce:

 czwartek u Janiny Paradowskiej w TOK FM wrócono do wysokiego poparcia dla Platformy Obywatelskiej po czterech latach rządzenia. O tym zjawisku, bez precedensu po roku 1989, mówi i pisze się często. Zwykle słychać, że to wynik skuteczności platformianej propagandy (PR), która wmówiła wyborcom, że PiS jest nadal groźny, a teflonowy premier i jego rząd dobrym wyjściem dla Polski. Drugi pogląd głosi, że to skutek słabości opozycji, głównie PiS, które nie ma wiele do powiedzenia w sprawach ważnych dla Polaków – pisze w felietonie dla Wirtualnej Polski Waldemar Kuczyński.

Moim zdaniem oba wyjaśnienia są mało warte. Argument o dobrym albo złym PR jest powtarzany bezmyślnie od czasu rządu Mazowieckiego. Miał on dobry PR w osobie Małgorzaty Niezbitowskiej przez pierwsze miesiące jej pracy i zły PR, przez resztę urzędowania. Prawda była taka, że rząd Mazowieckiego, najpierw się podobał, a potem przestał się podobać, bo ludzie odczuli dotkliwości transformacji. PR nie miał wiele do rzeczy. Platforma ma PR taki sobie, raz niezły, raz marny, ale z jakiegoś powodu, po raz pierwszy w historii III Rzeczpospolitej prawie połowie Polaków się podoba. Mimo czterech lat zużywającego przecież rządzenia.

Moje wyjaśnienie opiera się na przyczynie głównej i wspierającej. Zacznę od wspierającej. Rządy PO-PSL Polaków na kolana nie rzucają, ale nawet rząd z boskiej nominacji tego by nie dokonał. Są jednak te cztery lata oceniane o niebo lepiej przez wyborców trwających przy PO, niż głosi zgodny i niewiarygodny przekaz obu partii opozycji, a także w dużej części przekaz mediów. One wcale PO nie głaszczą. Jednak gospodarka i stopa życiowa w Polsce rosną, bezrobocie w porównaniu z tym co było jest umiarkowane i nie rośnie, inflacja podskoczyła, ale daleko jej od „drożyzny”. Autostrady, drogi, obwodnice i stadiony, mimo zacięć, są budowane, jak nigdy. Polska ma dobrą markę w Europie. Nawet reformy się robi, jak rzetelnie popatrzeć.

Rząd ma rację, jesteśmy kawałkiem zielonej Europy, w nie zielonej reszcie i ludzie to widzą. W sondażach psioczą, powtarzają mechanicznie rzucające się w uszy medialne bzdury, bo coś trzeba powiedzieć, ale w odpowiedziach o samopoczucie i preferencje wyborcze wychodzi prawda. Więc przyczyną wspomagającą jest to, że rząd PO-PSL odbiera się, jako do przyjęcia i trwania dalej. Tym bardziej, że jest przyczyna główna.

Chodzi o niezgodę ogromnej większości Polaków na wywracanie porządku politycznego, który tworzymy od ponad 20 lat i zastępowanie go IV Rzeczpospolitą. Na scenie politycznej wraz z powstaniem PiS i zdobyciem „serc i umysłów” dużej części Polaków nastąpiła zmiana nadająca jej zupełnie nowe cechy w porównaniu z okresem poprzednim. Powstała partia odrzucająca obecny ustrój, która rozpoczęła polityczną wojnę o jego likwidację i wprowadzenie nowego ustroju. Wątpiącym polecam lekturę wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego. Wraz z tym poprzedni dwuwymiarowy schemat porządkujący scenę polityczną wedle stosunku do rynku i do kościoła został przesłonięty przez schemat jednowymiarowy; stosunek do Trzeciej Rzeczpospolitej. Jeśli się tego nie widzi to nie rozumie się większości nowych zjawisk politycznych w kraju. Właśnie dlatego, że powstała partia wroga ustrojowi (antysystemowa, jak się oportunistycznie i mętnie mawia) doszło do polaryzacji na scenie politycznej, a także w elektoracie, a nawet w społeczeństwie. Dzieli je dziś i rozrywa potężny antagonizm polityczny. Mawia się nawet o dwu narodach i coś w tym jest.

Od 5 lat polityka ma u nas tożsamość wojenną i emocje wojenne, czego nie było wcześniej. Nie stosunek do tego czy owego, lecz do ustroju rzeźbi dziś polityczne oblicze społeczeństwa. On decyduje o tym, że ogromna część wyborców, rozumiejąc lepiej, niż liczni błądzący we mgle komentatorzy, iż to, a nie cokolwiek innego, jest głównym problem politycznym najbliższego czasu trwa przy Platformie, jako jedynej dziś, skutecznej obrończyni tej rzeczywistości, w której chcą żyć. Broniącej przed tą rzeczywistością, w której nie chcą żyć, a zobaczyli jej początek w latach 2005-2007 i to im wystarcza. Ci Polacy nie tęsknią do nowej kierowniczej siły, jak zasugerował u Paradowskiej Adam Szostkiewicz, lecz w obawie, że chce nią być PiS, stoją przy Platformie.

http://wiadomosci.wp.pl/kat,1027191,title,Wmowili-ze-teflonowy-premier-jest-dobrym-wyjsciem,wid,13596170,komentarz.html

Płonąca stodoła i ja

poniedziałek, 11 Lipiec 2011
Tak odczułem zbrodnię w Jedwabnem 10 lat temu.
PŁONĄCA STODOŁA I JA.

Jest stodoła za miastem. I do tej stodoły Polacy miejscowi i z sąsiedztwa pędzą Żydów. To, czy pędzą tysiąc sześciuset, czy stu, nie ma żadnego znaczenia, ani jako okoliczność łagodząca, ani jako okoliczność obciążająca. Ocena czynu, którego za moment dokonają, jego osąd w naszych sumieniach – to podkreślam, bo o taką ocenę i osąd chodzi – okolicznościom łagodzącym nie podlega. Ewentualna mniejsza liczba osób zapędzonych do stodoły w stosunku do tej, o jakiej się mówi, była ważna dla tych Żydów, którzy nie znaleźli się w zasięgu prześladowców, a dziś jest ważna dla historyków. Nie ma też żadnego znaczenia dla osądu tego ludobójstwa w naszym sumieniu zachowanie Żydów podczas okupacji sowieckiej. To zachowanie ma wyłącznie znaczenie dla sumień żydowskich i dla ich rachunków sumienia.
Pędzą więc do stodoły Żydów wszelkiej płci i wieku, także niemowlęta w ramionach rodziców. Uwolnijmy z pęt wyobraźnię, z blokującej ją pewności, że my Polacy, do czegoś takiego nie bylibyśmy zdolni. Musimy podejść do owej płonącej przez sześćdziesiąt lat stodoły wolni od tej blokady, bo w przeciwnym razie niczego nie pojmiemy. Zobaczmy tych pędzonych ludzi i jeśli nie możemy ujrzeć w nich bliźnich, to postawmy się chociaż na ich miejscu. Postawmy na ich miejscu nasze dzieci i naszych wnuków. Zobaczmy, jak tę stodołę nasi rodacy zamykają i podpalają, jak dym i ogień wdziera się do wnętrza. Zobaczmy tam w środku – powtórzę – jeśli nie bliźniego to siebie, naszych najbliższych. Iusłyszmy ten krzyk, „który było słychać na dwa kilometry” – jak mówią świadkowie – i wyobraźmy sobie, że to krzyczymy my i że to krzyczą Ci, których najbardziej kochamy, pochłaniani przez potworny żar, bez drogi ucieczki. I dopiero wtedy, gdy widząc te sceny oczami uwolnionej od blokad wyobraźni, poczujemy łzy, dopiero wtedy będziemy mogli powiedzieć, że dopuściliśmy do głosu sumienie, że odczuliśmy grozę zbrodni rodaków z tamtego czasu poprzez żal za tych pochłoniętych przez ogień. Żal nie na pokaz, lecz ten pod naszymi powiekami, prawdziwy.

Ta zbrodnia nas obciąża. Nie miejmy złudzeń, że uwolnimy się od niej odrzucając ją od siebie, mnożąc wykręty i usprawiedliwienia. W stodole nie mordowano konkretnego Żyda w konkretnym celu, nie popełniono zbrodni pospolitej, która obciąża tylko zbrodniarza, czy grupę zbrodniarzy. W tej stodole nie żaden margines, lecz skrawek narodu polskiego spalił skrawek narodu żydowskiego. Dopóki zatem będziemy uważać się za naród, czyli wspólnotę pokoleń wczorajszych, dzisiejszych i przyszłych, dopóty ciążyć będzie na nas ten czyn popełniony przez ludzi pokolenia, którego w większości już nie ma.

Nie ponosimy za niego odpowiedzialności jako jednostki, ale ponosimy jako przynależni do narodu. Nie jest to odpowiedzialność zbiorowa, której nie wolno stosować, lecz odpowiedzialność narodowa, której nie można uniknąć i nie wolno unikać. Działa tu dokładnie to prawo moralne, które pozwala nam za nasze uważać wielkie czyny przodków, szczycić się nimi i także twierdzić słusznie, że była cząstka narodu polskiego, która ratowała i uratowała cząstkę narodu żydowskiego. Była nawet tam, niedaleko tej stodoły, jakaś skrytka, w której Pani Antonina Wyrzykowska przechowała do końca wojny siedmiu Żydów zbiegłych spod rąk „naszych”. Ta skrytka jest miejscem dumy narodowej, a ta nie odległa stodoła miejscem hańby. Narodowej !

Nie możemy więc zrzucić z siebie i z sumienia tej płonącej stodoły sprzed 60 lat i tego „krzyku, który było słychać na dwa kilometry”. Ona płonie nadal i ten krzyk nadal słychać. Będzie płonęła tak długo i tak długo będzie krzyk słychać, jak długo będziemy brzemię tego naszego ludobójstwa od siebie odpychać. Żebyśmy mogli sami je z siebie zdjąć i żeby było ono z nas zdjęte, musimy je przyjąć. Musimy oczami uwolnionej wyobraźni przejść tę drogę sprzed ponad półwiecza aż do środka tego żaru i jeśli popłyną nam łzy, nad tymi co tam przepadli, wtedy zyskamy szansę usunięcia z narodowej tkanki antysemickiej trucizny, która tylu z nas zatruwa do dziś. Pierwszy raz miałem łzy w oczach, pisząc tekst i widząc jak palą się żywi ludzie. Tylko tyle mogę zrobić, by żar tamtej płonącej stodoły zgasić i krzyk ginących w niej uspokoić.

(„Wprost” i „Gazeta Wyborcza” marzec 2001)

Polska powagi, Polska obciachu

piątek, 8 Lipiec 2011

Wczoraj w Wirtualnej Polsce:

Bardzo dobre oba wystąpienia Premiera w Parlamencie Europejskim; pod względem stylu i treści. Wygłoszone na żywo, w ujmującej retoryce, szczere a nie zagrane, bez detali, ale treściwe. Szef państwa obejmującego prezydencję powinien mówić o Unii, a nie o swoim kraju i Tusk mówił o Unii. Powinien mówić o problemach, a nie o detalach i premier tak mówił. Przypomniał, jak wielkim dziełem i wartością jest Unia. Przypominał, że wzięła się z wojen XX wieku wywołanych przez państwa narodowe, po to by zapobiec dalszemu mordowaniu się europejczyków. Przestrzegał przez odżyciem nacjonalizmów, największej zmory Europy. Unia przechodzi trudny czas. Towarzyszą mu zwątpienie i dyktowane egoizmem pokusy ucieczki od integracji. Takie przypomnienie i przestroga były potrzebne. Nawet w formie bardziej dramatycznej, niż to zrobił premier.

Pokazał, jak Polska widzi przyszłość wspólnoty i jakie ma priorytety prezydencji. Podkreślał wagę unijnych instytucji i solidarności, a na tym tle znaczenie odpowiedniego budżetu. Mówił o zdolności Unii do działania na zewnątrz i jej bezpieczeństwie; militarnym i energetycznym. Mówił o szczelności jej granic, ale i o zrozumieniu dla problemów sąsiadów. Przestrzegał przed ograniczaniem swobody przemieszczania się ludzi wewnątrz Unii. Zapowiadał usuwanie istniejących ograniczeń wspólnego rynku, działania finalizujące przyjęcie Chorwacji i przybliżające do Unii Ukrainę oraz inne kraje ze Wschodu.

Obu wystąpień premiera słuchano z wielką uwagą i przerywano oklaskami, a po odpowiedziach na pytania i ataki posłów zebrał prawdziwą owację. Jestem pewien, że w środę awansował w hierarchii powagi i prestiżu polityków europejskich. A przez to podniosła się też pozycja Polski. Mamy dobry, a może – jak zauważył Jacek Saryusz-Wolski – wręcz za dobry start do prezydencji, bo stawiający poprzeczkę wysoko.

Większości priorytetów nie zrealizuje się w sześć miesięcy, ale ważne by w każdym był postęp. Tak by na końcu roku w opinii unijnej powstało przekonanie, oparte o te nawet małe, ale realne sukcesy, że to była wyjątkowa prezydencja. Można to osiągnąć. Wówczas, nawet nie należąc do ekonomicznej czołówki Unii, ani do eurolandu, będziemy liczyć się znacznie więcej, niż dziś, także w naszych krajowych interesach. Choć i dziś jest o niebo lepiej, niż za rządów PiS, gdy Polskę odbierano, jako pieniacza, od którego lepiej trzymać się z daleka i dla którego niczego zrobić nie warto. I coś z tego się pokazało.

Wystąpieniom premiera towarzyszył ostry atak na rząd europosłów PiS; Ziobry, Legutki, Kurskiego. Wzbudził już burzliwe reakcje w kraju, jako kalanie własnego gniazda wobec obcych, co jest u nas odbierane bardzo źle. Podobno ten atak wykonano bez wiedzy prezesa Kaczyńskiego, który jeszcze nieco wcześniej deklarował wierność tej zasadzie. To rzeczywiście wygląda na dywersję Zbigniewa Ziobry, czy wręcz spisek grupy europosłów, którzy, nie wierząc w wygraną PiS, chcą dla niego marnego wyniku. Liczą, że to wywoła wewnętrzny kryzys i pomoże wysadzić Prezesa z siodła.

Tak czy owak, korzyści ten występ PiS-owi nie przyniesie. Nie tylko w kraju. W Unii odświeżył pamięć o pieniactwie i zadęciach tej partii, o jej nieprzystawaniu do dzisiejszego czasu. Raczej przysłużył się premierowi, rządowi i Platformie, bo w Parlamencie Europejskim zobaczono widowiskową Polskę powagi i Polskę obciachu.

Waldemar Kuczyński specjalnie dla Wirtualnej Polski

Post scriptum: Szkoda, że ktoś nie przypomniał wczoraj w Parlamencie Europejskim temu europosłowi z Holandii, że polscy emeryci i rumuńscy żebracy to nie jedyni, którzy Holendrom przeszkadzali. Trzeba by jeszcze dodać muzułmanów ze Srebrenicy, których, jako przeszkadzających i niepotrzebnych wydali Mladiciowi pod lufy.