Poeta Liryczny w stanie wojennym.
Halina Flis - Kuczyńska.
POETA LIRYCZNY W STANIE WOJENNYM.

(Opowiadania z czasów stanu wojennego nadawane w 1985 roku przez Rozgłośnię Polską Radia Wolna Europa pod pseudonimem Anna Kraśnicka)

Sekretarz gminny poluje.

Od tygodnia siedzimy na wsi. Poeta wdał się w dewizowy romans z cesarstwem japońskim. Dostał zaliczkę na napisanie historii królów polskich dla japońskich dzieci. Za 500 zielonych kupił chałupę nad Narwią. Bez prądu i bez studni, ale na zdrowym piasku. Poecięta się tam mają zdrowo chować. Zanim żeśmy się wprowadzili była jeszcze afera z wydziałem finansowym. Mają nowe przepisy, żeby każdy, kto coś utarguje, podzielił się z państwem pieniędzmi według nowego rachunku. Sobie może zostawić piątą część, a cztery oddać państwu , bo ono przecież większe niż pojedynczy obywatel to i kryzys mu mocniej dopieka.

Wyszło im, że chłop, który nam sprzedał chałupę po stryjku, ma zapłacić półtora miliona podatku. Oczywiście przybiegł chłopina w te pędy oddawać dolary i zabierać chałupę. Jak mam przez was schodzić na dziady -mówi- wolę podpalić, to mi jeszcze parę groszy z asekuracji dorzucą. Wściekł się poeta. Zasadził się ze znajomym sportowcem pod urzędem. Porwali rzeczoznawcę do samochodu i wiozą nad Narew. Urzędnik, ledwie zobaczył rzekę, mocno skruszał i już nawet nie chciał oglądać chałupy. Przeprosił, że pomyłka, że faktycznie takiej małej chatki nowa ustawa nie obejmuje. Błagał tylko, żeby go wypuścili na chwilę do lasu. Do krzaków spory kawałek, urzędnik zapadł po drodze w pokrzywy, a że był spłoszony, nie bardzo uważał. Poparzył się okropnie, a jeszcze w takie miejsca, że podmuchać nie można a drapać się nie wypada.

Cierpienie dodało rzeczoznawcy powagi. Siedział sztywno i przemawiał półgębkiem, jak jaki sekretarz wojewódzki. Co poeta na niego spojrzał to nabierał ciekawości, co by też było, jakby tak ministra , tego od nowych przepisów,przepuścić przez pokrzywy.
W każdym razie chałupa nasza. Przegnałyśmy z niej myszy. Omiotłyśmy sufity. Siedzi poeta na stryszku i pisze. Nietęgo mu to idzie. Nie przez to żeby się nie znał na pisaniu. Tylko on uczony historii w socjalistycznej szkole a pisze dla kapitalisty, i nijak się z wydawcą dogadać nie może.

Jeszcze ten kawałek z Piastem Kołodziejem i z Wandą co nie chciała Niemca Japończycy zrozumieli. Napisali do poety, że oni myślą tak samo po doświadczeniu z ostatniego stulecia, wydawać się za Niemca to zły interes. O, jakby wydać ją za Japończyka to byśmy wzięli Czerwonego do środka i my byśmy jemu dokładali, a nie on nam – rozmarzył się Poeta .. Z dynastią Piastów strasznie się mozoli. Ten zamordował Ludgardę, ten oślepił braciszka, tamten pokastrował stryjków. Może to wszystko i politycznie, ale nieładnie. Zwłaszcza że książka ma być dla dzieci.

A Japończycy na dodatek naród dociekliwy i o wszystko się pytają. A to dlaczego Polacy nie polubili Bony, chociaż im przywiozła włoszczyznę do zupy. A to dlaczego Kazimierz Wielki całe życie lamentował, że nie ma następcy, kiedy po domu latało sześć córek, a po sąsiednich dworach tuzin chłopaków wypisz wymaluj jak sam urodziwy majestat.
Dlaczego któremuś z dzieci nie zostawił tronu, tylko siostrzynej wnuczce, Jadwidze?
A kto go tam wie, dlaczego. Poeta próbował tłumaczyć, że za to Polskę zostawił murowaną, ale Japończyk się tylko skrzywił, bo bywał w Polsce i widział wsie pod strzechami. Żeby to wszystko składnie wyłożyć poeta musi mieć dużo spokoju do pisania i wiecznie nas wygania z domu.

Kręcimy się z Joasią po dworze, plewimy chwasty,rozglądamy się trochę. Ładnie tu. Dołem płynie rzeka. Z tyłu za laskiem mamy wieś, a w tym lasku często coś jakby grzmiało. Wzięłyśmy się raz na odwagę, idziemy popatrzeć, a tu znów coś huknęło trach, i zza krzaka wyskakuje kobiecisko niemłode już , aż dziw,że wyczynia jakieś skoki poprzez krzaki w lesie. Przysiada na trawie, rozkłada spódnice. Coś liczy i kręci głową. Zobaczyła nas i powiada: bieda będzie. . . Tylko trzy śruciny wpadły. Z początku nic żeśmy nie rozumiały, dopiero nam wytłumaczyła. Ziemie tu marne, na piaskach tylko wtedy zboże rodzi, kiedy lato mokre. Inaczej nawet szkoda ziarna na siewy marnować. Zwyczaj tu mamy taki, że co wiosnę o nowiu księżyca idzie do lasu baba. Polować wtedy nie wolno, ale wiadomo, polują. Gdy myśliwy trafi śrutem czerwoną kieckę, to tyle dni deszczu będzie, ile śrucin przez spódnicę przeleciało.. No i niedobrze, bo teraz poluje tu sekretarz gminny I coraz gorzej trafia. Pewnie mu szkoda pieniędzy na dobry samogon i trunek marny popija, na oczy mu się rzuca.

Trzeba zwołać zebranie i naradzić się, co zrobić, żebyśmy tu z głodu nie pomarli.
O Boże, przecież on może kogo zabić - przestraszyła się Joasia. Niech się panienka nie boi - uspokoiła ją kobieta. My tu do myśliwych przywykli z dziada pradziada. Mamy kowala , on robi specjalny śrut, lekuchny w środku. Strzeli taki myśliwy ,nic sobie ani zwierzynie nie zrobi, a przyjemność z polowania ma. Starsi opowiadają, ze dziedzic świętej pamięci bardzo lubił takim lekkim śrutem polować. Ustrzelił dziewuchę, pomógł śruciny porachować, jeszcze często i krowę do tego rachunku wypadło mu dodać.
Teraz dziewczyny do lasu nie dają się wygnać, od czasu,jak sekretarz Kaśce od Wojciechów śruciny porachował akuratnie, ale zamiast krowy dał kartki na cukier. Nie ma się co bać, bo myśmy tu wszystko wykalkulowali. Jakby nie nasza głowa to by już w okolicy żywej duszy nie zostało, nie mówiąc o leśnej żywiołce.

Wróciłyśmy zamyślone. Przysiadłyśmy na przyzbie, patrzymy, a nad rzeką chodzi jakiś obcy. W długich butach, jakby ryby łowił. Ale nie, dłubaczek jakiś ma, coś nim z dna wybiera, wącha i do wody wrzuca. Pod wieczór przynęcił go do nas zapach zalewajki. Rozparł się na ławeczce, pojada, a Joasia go wypytuje, co on też takiego robi nad naszą rzeka. Docent Jarema Bździuch jestem - powiada - ekolog z Akademii Nauk. Sprawdzam u was działanie fundamentalnego prawa zatrutego środowiska wodnego. Prawo to głosi, ze smród idzie pod prąd. Tu się Joasia nie popisała gościnnością. Roześmiała się w głos. Prawo -powiedział surowo docent -jest prawem. Czasy takie nastały, że nawet smrodowi nie przystoi iść z prądem. . .

Komu pisany Paryż…

Wycinamy któregoś dnia pokrzywy przed chałupą, a tu leci wnuczka Wojciecha. Zebranie będzie u taty - mówi –przyjdźcie tak o zachodzie słońca. Tośmy poszli wszyscy troje: Joasia, Poeta Liryczny i ja. Po sadzie krzątali się Wojciechowa córka z mężem, wynosili ławki, zamykali psa do stodoły bo mu się z tego harmideru zebrało na wycie. Kiedy się zrobiło tłoczno, wstał Wojciechowy zięć, nadął się ładnie, jak w telewizorze, i przywitał wszystkich. Mamy tu od wiosny nowych sąsiadów – powiedział, pokazując nas palcem Przyzwoici to ludzie, jak widać, on jakby uczony, ona trochę niedożywiona, ale sympatyczna osoba. Dopuściliśmy ich do naszego obyczaju, a przyszła taka pora, że chcemy ich prosić o przysługę. Dlatego zaprosiliśmy na zebranie. Nie gminne ono, tylko zwyczajne, znaczy nielegalne.

Jak gmina chce czegoś od wsi, to zwołuje zebranie u sołtysa. A jak wieś ma swoje sprawy, to zwołuje zebranie u Wojciecha. Sołtys wtedy kładzie się do łóżka, a wysyła żonę. No, jak jest coś ważnego to słucha zza firanki, żeby posądzenia nie było, że chadza na nieprawomyślne zebrania. Jeszcze by go gmina odwołała i wieś miałaby kłopot.
Sołtys musi być partyjny. Niepartyjnego władze nie zatwierdzą, a bez sołtysa niewygodnie. Jeszcze podatki można by zawieźć do gminy i popłacić, ale sołtysowi przysługuje telefon. Można zadzwonić po weterynarza do krowy czy po doktora do człowieka. Wygoda. No i kilkoro naszych dzieci pokończyło szkoły, pojechało we świat. Można z nimi pogadać. Drugiego partyjnego we wsi nie ma. Już z sołtysem trudno się było dogadać. Cała wieś go prosiła. Nie i nie, on się nie zapisze, bo go nieboszczka matka z tamtego świata sprzeklina. Zmiękł dopiero jak mu ksiądz proboszcz obiecał trzy lata odpustu zupełnego i darował spowiedź wielkanocną. Coś ty synu takiego małego ducha - przekładał. Pierwotni chrześcijanie gorsze prześladowania znosili. A twoja córka w Nowym Jorku, na uniwersytecie Rockefellera wirusy łapie. Może i złapie takiego, co raka sprowadza. Zadzwoni, opowie, jak on wygląda, ludzie się we wsi rozejrzą, przestaną chorować. Telefon nam potrzebny. Partyjny nam potrzebny. Ukorz się, synu, oddal pychę z serca.

No i tak nasza wieś ma partyjnego sołtysa z telefonem. Ale nie o tym myśmy chcieli rozmawiać. Właśnie dzwoniła Marysia sołtysów, z Nowego Jorku że wirusa co prawda znaleźli, ale nie są pewni, czy to ten na którego się zasadzali. Więc co do raka jeszcze nie mają pewności, ale zebrali trochę pieniędzy na leczenie babki Wojciecha , która ogłuchła przed paroma laty. Żeby nie męczyć starowiny podróżą przez ocean załatwili z kolegami z Paryza, że tam się staruszkę przebada. Tylko musi ją ktoś przywieźć i gadać trochę po francusku. Sama starowinka z lekarzami się nie porozumie. No i kłopot ogromny. Nie ma takiego we wsi. Hipolit Ogórek zna obce języki, gada po białorusku i z robót w Niemczech pamięta gadanie z bawarska. Po francusku nikt we wsi mówić nie poradzi. A czy poeta w Ronsardach i Volterach szkolony? Szkolony ! krzyknęła dumnie Joasia. Ona sama miała tylko lektoraty z łaciny i angielskiego, ale poeta do dziś bezbłędnie odmienia avoir i etre. Zdaje się, że to Kwiatami Zła Joasię skusił po raz pierwszy. Musi dziewczyna dobrze pamiętać tę jego francuszczyznę. Na swoje zresztą nieszczęście, bo czy to poeta tak łatwo wróci z Paryża jak już do niego pojedzie? Nic nie mówiłam, jednak Joasię te same myśli opadły. Rzucała się całą noc na posłaniu jak ryba w stawie przed deszczem. Wreszcie usnęliśmy i sen miałam proroczy.

Nie martw się, Joasiu – powiedziałam jej rano.. Wróci twój poeta. Będziesz z nim miała dzieci, a moje przyszywane wnuki. Skąd ciocia wie? Pamiętasz, jak kiedyś na naszych schodach w Warszawie było zamieszanie? Milicja kogoś zabrała, nikt z nas nie wiedział, kto też to był i do kogo szedł. Bałam się że to jakiś nowy kolporter który szedł do mnie. Ale nie, bibuła przyszła w terminie. Ileśmy się wtedy namartwili. Dziś w nocy śni mi się anioł ogromny jak góra, może sam Archanioł Michał , i mówi: nie martw się kobieto, ten aresztowany na schodach do ciebie co prawda szedł, ale to duch był, nie człowiek. To mąż twój z nieba się wykradł, żebyś mu kapuśniaku z zasmażką zrobiła. My tu kapusty nie jadamy, z różnych – powiada – powodów. Dla jednego grzesznika nie mogliśmy odmieniać porządków niebieskich. Jak się wydało, że uciekł, trzeba go było sprowadzić nazad. Poleciał anioł, dognał go na schodach, a tu jak raz sąsiadka wasza z parteru otworzyła drzwi i wyszła ze śmieciami do zsypu. Anioł w bieli, we skrzydłach, zaraz się w milicjanta obrócił i już spokojnie zabrał duszę żarłocznego człowieka. Powiada do mnie:czeka on tam na ciebie i wszystkim spokoju nie daje. . Prędzej ją tu sprowadźcie, prosi, I prędzej. A tu nie może być prędzej, w niebie też musi być porządek. Tobie jest pisane pobawić Joasine dzieci, to je sobie pobawisz, tylko już ci darujemy te parę czyśćcowych lat, za te grzechy, , kiedyście się w młodości z mężem jednemu przykazaniu sprzeciwiali . . Mamy więc pewność, że poeta wróci, bo Joasia z nikim innym dzieci mieć nie zechce. I mam pewność, że nieboszczyk Najwyższego życzliwie do mnie usposobił.
Mamy wiec pewność zbawienia niebieskiego i szczęścia na ziemi. A jeszcze gdy poeta wróci, to nam opowie, jak też wygląda ten wielki świat.

Amory kontra życie.

Wpadła do nas któregoś dnia informatyczka mikrokomputerowa. Wy jeszcze oglądacie telewizję? - zdziwiła się. Nie dosyć, ze toto kłamie, to jeszcze jonizuje powietrze. Raka można dostać.
Od tych jonów?
Skądże! Z nerwów. Nie wiecie, że dezinformacja jest groźną bronią biologiczną? Odkrył to docent Ruczaj. Ekspert powinien to wiedzieć, on wam opowie szczegóły - i poleciała dalej. Popatrzyliśmy na eksperta. Odkąd wziął trzeci półetat przedrzemuje u nas przed nocnym dyżurem. Nie przeszkadza mu, że Joasia zaczęła czytać na głos gazety.
Słuchamy sobie raz, jakie są kolejki po mieszkanie. W Warszawie czeka się już 50 lat. Dochodzi Joasia do końcowego pytania, którym kończy się ostatnio co drugi artykuł: Co robić, szanowni czytelnicy?
Dopieprzyć czerwonemu -krzyczy z kanapy ekspert.
Cicho bądź sieroto - syknął mu w ucho Poeta Liryczny. Na razie to on nam przykłada.
A, to dobrze, wszystko normalnie -uspokoił się ekspert i usnął.
Czyta Joasia o lasach. Kiedyś nam szumiały, dziś je leśnicy wycięli, resztę pożarła brudnica mniszka, a co pozostało, usycha stojąc. I co teraz robić?
Przypieprzyć czerwonemu! - porwał się do rady ekspert.
Na pytania reaguje całkiem prawidłowo, choć taki wymęczony. Śpij, śpij, utulił go poeta i zakrył mu ucho poduszką. Potem pomyślał chwilę i wyszedł. Pewnie się też martwi o naszą gospodarkę.
Zaczął wyjeżdżać z Warszawy. To do Słupska na turniej poetycki o nagrodę Czerwonej Róży. To do Wapienicy o nagrodę Klepanej Kosy. To do cukrowni w Łapach na turniej o Cukrową Głowę.
Co roku jesienią mnożyły się te turnieje jak żaby na błotach, ale poety poza dom nie ciągnęło. Turniejowców nawet wyśmiewał. A teraz zwozi nagrody i oddaje Joasi.
Ejże, czy się aby Joasia w nim nie zakochała? Czyta jakieś wiersze. .
Wyrzuć to - powiadam z poetami zadawać się nie warto. . .
Joasia zastrzygła uszami, a ja ot tak sobie opowiadam, jak to Maryla nieboga poznała Adama. Też miała 19 lat. Nie, nie studiowała filologii, ale wiersze czytywała co dzień. Coraz nowe. Chadzali na spacery. On ją trzymał za rękę, pytał czy nie ma ołówka i powtarzał: patrzaj Marylo gdzie się kończą gaje. . .
Za gajami był majątek hrabiego Puttkamera, narzeczonego Marylki. Pewnie niebożątko nie miało ołówka, to wzięło wreszcie  i za mąż za swojego hrabiego wyszło. W tamtych czasach zostać starą panną było nieładnie. W dodatku to staropanieństwo dopiero od Prusa zaczęli liczyć po dwudziestym piątym roku życia, wtedy za romantyzmu to się chyba liczyło że od dwudziestki.
Ale czy to się Adaś na tym wyrozumiał?
Ciocia tak o Mickiewiczu opowiada? -pyta Joasia;
Nie tylko. Wszyscy poeci jednakowi,bez umiaru. Popatrz, taki Kasprowicz na starość. Poważny był człowiek. Parę razy rozwiedziony. Przysiągł sobie,, że kolejne małżeństwo uchroni, że to już do samej śmierci będą razem, choćby dużo trudu go to kosztowało. Trafiła mu się Marusia Buninowna, edukowana panienka, córeczka carskiego generała. Osiedli w Poroninie. Byłoby dobrze, gdyby na starostwie w Nowym Targu nie zamknęli w kozie jakiegoś Lenina, rosyjskiego wywrotowca. Kasprowicz się dowiedział. Pomyślał że Marusi będzie przykro. Poleciał z prośbą: wypuście go, to rodak żony, jeszcze mi się kochanie moje zasmuci.
Starosta nie bardzo miał ochotę, ale jak poeta prosi. . . Wypuścił Rosjanina. Ten pojechał do Rosji, zrobił rewolucję. Zaraz się tatuś generał gdzieś podział, matkę i siostrę Marusi posłano do kołchozu, na dojarki. Za nic nie mogły wyrobić normy , jakieś takie niechętne do dojenia były, wreszcie przestano im dawać jedzenie. Niby słusznie zrobiono, ale Marusia w płacz: napisz, Janku, do tego Lenina. Kasprowicz napisał. Lenin, nie powiem, pamiętał przysługę. Odesłano do Polski wszystkie panie Bunin, nawet żywe, ale Kasprowicz ze wstydu podupadł na zdrowiu. Wkrótce mu się zmarło.
Tak to widzisz, poeci w żadną stronę miary nie znają.
Joasia przycichła. Nie odezwała się słowem, ale przestała przychodzić po wykładach do domu. Cały tydzień przesiedziała w czytelni.
Wreszcie wrócił poeta. Przywiózł topór z fabryki w Skarżysku. Marny jakiś. Na cukrowej głowie zaraz się wygiął. Topór jest z żelaza, dlatego taki miękki - tłumaczy poeta. W przyszłej pięciolatce, jak nam mówił dyrektor fabryki, sprowadzimy za dewizy utrwalacze optyczne i zrobimy stal.
Nie pomyliło ci się aby ?
Może być, że to w Łodzi mówili nam o utrwalaczach ale to do stali też miało być za dolary. Dziwne to trochę , wydawało mi się że epoka stali zaczęła się przed odkryciem Ameryki i dewiz. . . Ale prawda, przecież w Łodzi zdobyłem prześcieradło! Masz, Joasiu - wyciągnął z kieszeni białą szmatkę.
Małe ono - mówię.
Ano małe, bo fabryka nie ma surowca, ale w przyszłej pięciolatce sprowadzimy za dewizy. Tak nam mówił dyrektor. Kiedy Joasia poszła spać, spytałam poetę, po co to wszystko.
Z miłości wszystko. Joasia mi się podoba. Ja podobam się Joasi. Pomyślałem, żeby się ożenić. Zaraz zapisałem się w kolejce do prezesa spółdzielni mieszkaniowej. Przed jedenastu laty wpłaciłem pełny wkład. Pytam, ile jeszcze mam czekać na mieszkanie.
Pan kawaler? Bezdzietny? Będzie drugie tyle, co pan czeka.
A nie można wcześniej? Przecież wpłaciłem pieniądze. . .
Pieniądze? Pan to nazywa pieniędzmi? Nas już dziś drożej kosztuje przechowanie ich, niż one są warte. A ile państwo do nich dołoży za jedenaście lat, kiedy zaczniemy budować blok?
Zawstydziłem się, bo nie lubię, kiedy ktoś do mnie dokłada. Prezes mnie zaczął pocieszać. Może gdyby pan miał żonę, ze czworo dzieci, babunię sparaliżowaną, z listy preferencyjnej dostałby pan za osiem lat.
Babunia w moim pokoju po roku by zmarła -powiadam skłopotany.
A, to już byłoby zmartwienie szanownego pana i niemniej szanownej babuni - wyszeptał prezes i zamknął skoroszyt.
Za progiem zaświtało mi w głowie że dobrze byłoby dać prezesowi po łbie. Chciałem się nawet wrócić, ale czekający w kolejce mnie nie wpuścili.
Ja mu tylko raz przyłożę -prosiłem.
Taką przyjemność bez kolejki każdy by chciał - zakrzyczeli mnie.
Pomyślałem sobie: mieszkania nie będzie, niech choć wydam moje wiersze. Znowu poszedłem do prezesa, tym razem w wydawnictwie.
Wiersze - powiada- niezłe. Mógłbym książkę przyjąć do planu wydawniczego na 1999 rok, ale. . . Do partii pan nie należy. Nagród poetyckich pan nie ma. To skąd ja wezmę podkładkę żeby pana wciągnąć do planu?
Przyniosę jakieś podkładki - obiecałem. Zaraz się zgłosiłem na wszystkie turnieje. Muszę mieć w posagu coś więcej oprócz książeczki mieszkaniowej.
To co, pobieracie się?
A gdzież tam! Kupujemy chałupę na wsi. Jedna rodzina dwu mieszkań mieć nie może. Wypadłbym z kolejki, gdybym się ożenił.

Dom wiejski będzie na Joasię, kolejka w mieście na mnie. Może dostanę mieszkanie jak dzieci nam dorosną do studiów,taniej będzie kosztowało niż stancje po obcych. Tylko już Joasi przeciw mnie nie buntuj.
I co tam by dało moje buntowanie, kiedyście już wszystko ustalili.
Popijamy gorącą herbatę. Słodzimy cukrem odrąbywanym z głowy cukrowej. Deszcz obtłukuje szyby. Patrzę, a na czole poety wschodzi pierwsza zmarszczka.
Gdy kolporter przychodzi z bibułą.
Nie lubię upałów, szczególnie kiedy ma nadejść kolporter z bibułą.  Muszę zejść na skwer przed domem, sprawdzić czy nie ma bezpieki i otupywac nogi ze śniegu. Tak mi kazano na początku wojny, a że nasz odcinek frontu mały i trochę zapomniany, tak pozostało do dziś.
Otupuję nogi niby ze śniegu. Dozorczyni obok podlewa kwiatki,słońce zachodzi na pogodę. Jest kolporter. Spocony, z wypchaną torbą.
Paczek ma więcej niż zwykle. Są nowe pisma: „Na ostrzu brzytwy”, „Żądło Nadgoplanskie”, „Nie sieją a orzą” , wreszcie „Protestant polny”.
To już i protestanci z nami? –ucieszyłam się.
Skądże, masz tam herb na okładce, kosę z osełką w herbowym polu. To protest drobnej szlachty z Mazowsza.
Mój Boże, ja już za tym nie nadążam. Ale usiądź wygodnie. Zagotuję herbatki, nakroję sera i pomidorków, a potem skoczę do milicjantowej pożyczyć kiełbasy. Będzie dobra jajecznica.
Kolporter pociągnął nosem: to nic nie przywieźli? Nawet boczku? Bo o tym boczku to mam przykazane powiedzieć, żeby był słabiej wędzony. Zapach się po domu rozchodzi, to źle dla konspiracji.
Raz drukarze jedli śniadanie, zaniosło zapachem na schody. Sąsiedzi się zaczęli dobijać, żeby zapytać, czym wędzą i po ile biorą. Chłopaki całą maszynę rozkładały i podwieszały na sznurach pod tarasem, bo myślały, że to bezpieka się dobija.
O tym wędzeniu sam sołtysowej powiesz. Dzwoniła do mnie, że jutro przyjedzie, bo w dzień powszedni nie może odjechać od domu: żniwa. Kosi u nich zboże kółkowy traktor ze snopowiązałką. Traktor bez akumulatora a maszyna bez sznurka. Baby kręcą powrósła i wiążą snopki a chłopy latają po polu popychać traktor, kiedy zgaśnie. Okropnie ciężka teraz robota przy żniwach przez tę mechanizację. Wieczorami leżą wszyscy jak pobici, nie ma kto robić obrządku po obejściach.
Możesz przenocować? Gdyby zmordowana sołtysowa nie dojechała, zawieziesz im raz bibułę na miejsce. Odbierzesz wędzonkę dla drukarzy.
Kolporter się krzywił. Dla paru gazetek jechać taki świat drogi. A czy to kto tam czyta na tej wsi.
Czytają, czytają, władza ludowa sama analfabetyzm zniosła. Żebyś ty wiedział, ile ludzie mają uciechy od kiedy dostają bibułę.
Z pierwszą paczką poszedł sołtys do wychodka przy gminie. Posiedział sobie w chłodku, wychodek drewniany, zaciszny. Wszystko przeczytał i poszedł do sekretarza partii.
Znalazłem to za krokiewką w wychodku gminnym - powiada, musiały się u nas zaplęgnać siły antysocjalistyczne. Zobaczcie, co tam wypisują…
Wyciąga „Tygodnik Mazowsze” i czyta na cały głos. Potem bierze „Tygodnik Wojenny” i znowu czyta, a widać, że z odrazą.
Ludzie się zbiegli. Wysłuchali, co trzeba. Sołtys cisnął bibułę do kosza na śmieci i poszedł. Sekretarz rzucił się na kolana przy koszu, grzebie w skórkach od sera, przegarnia niedopałki. Wybrał całą bibułę i pognał na posterunek.
Komendant mocno się przyłożył do śledztwa. Pojechał do miasta po szkolonego psa. Pies, ledwie wysiadł z przyczepki motocykla, powęszył trochę i cap sekretarza za rękę. Rada w radę, trzeba było umorzyć śledztwo.
Komendant na odjezdnym nic nie powiedział, ale tak popatrzył, że głupi by zrozumiał, jakie podejrzenia w nim zostały.
Sekretarz od tej pory do wychodka przy gminie nie chodzi. Na posterunek też nie, tylko do szkoły. Latem próbował chadzać nad rzekę, ale go turystki płoszyły.
Wreszcie zaczął odwiedzać parafię. Kiedy urzędniczki za krokwią znajdą bibułę, sekretarz ucieka do księdza. Parafia prenumeruje „Gościa Niedzielnego”, żadna herezja tam sekretarzowi nie grozi. Nasz proboszcz łagodny, nie zamyka drzwi przed sekretarzem. O jedno go tylko prosi: żeby nie pił tak dużo.
Sekretarz przysięga księdzu, że na swojej posadzie wódki rzucić nie może. Już prędzej legitymację partyjną. Ludzie gadają, że ma zamiar przechodzić na rentę i obejmować posadę po staruszku kościelnym. Pomyśl sobie, gdyby tak w każdej gminie jednego sekretarza nawrócić, ilu by porządnych ludzi przybyło.
Kolporter westchnął: no może masz rację, ale po co się zadajesz z żoną milicjanta?
Już ty mnie konspiracji nie ucz. Ja przedwojenna, swoje wiem. Ustaliłyśmy z milicjantową, że jakby co, to się u niej schowasz. A jakby się na nasze obróciło, to jej mąż u mnie przemieszka najgorsze. Idę po kiełbasę, a ty nie wybrzydzaj, tylko jedz. Dobra kiełbasa, z przydziału specjalnego. Ciężko ci przełknąć inaczej, traktuj jak zdobyczną.
CIĄG DALSZY NASTĄPI